W Anglii Wielkanoc to tylko czekoladowe jaja i długi weekend bo wolny jest Wielki Piątek i poniedziałek. W tym roku dostaliśmy specjalne jaja od rodziców Simona z firmy Thornton's z naszymi imionami - moje się nie zmieściło wzdłuż i trzeba było je w poprzek pisać.
Białe jajo pochłonęliśmy w kilka minut. Natomiast ciemna czekolada czekała trochę dłużej na konsumpcję.
Za długo... Po świętach nieopatrznie zostawiłam je na kanapie, przy oknie.
Teraz jajo wygląda tak:
Wniosek? Czekoladę trzeba jeść od razu, a nie czekać na zmiłowanie.
Sunday, 18 April 2010
Monday, 29 March 2010
Pieczenie na Świętego Patryka
Po raz pierwszy udało nam się dotrzeć na paradę z okazji dnia Św. Patryka w Manchesterze. Jakoś nam nie dopisywało szczęście do tej pory: a to samochód się rozkraczył, a to lało. W tym roku nie popuściliśmy. Sama parada okazała się trochę smutnawa. Starsi panowie maszerujący za traktorami wyglądali jakby chcieli zapytać: Co ja tutaj robię. Powinienen być w ... (tutaj wpisz jakiekolwiek hrabstwo w Irlandii). Uśmiechnięte były tylko psy i puszyste kobiałki. Niektóre puszyste kobiałki.
Na szczęście my osłodziliśmy sobie ten dzień tradycyjnymi irlandzkimi bułeczkami - scones (czytaj: skons). Dla znających angielski i miłośników cytuję dowcip związany z tymi bułeczkami:
What's the fastest food in the world? Scone. (ja też nie rozumiałam na początku i czytanie na głos pomaga)
Robi się je bardzo szybko więc są pyszną opcją na niedzielne śniadanie. Takie gorące, z rozstapiającym się masłem....ślinka mi leci na samą myśl.
A na scones potrzebujemy:
1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki cukru pudru
30 g masła
215 g maślanki
Najpierw mieszamy składniki suche. Do tego dodajemy masło i wyrabiamy palcami aż otrzymamy konsystencje bułki tartej. Na koniec dodajemy maślankę i szybko mieszamy - nie musi być z aptekarską precyzją. Zagniatamy i rozwałkowjemy na 1,5-2 cm grubości. Wycinamy kółka - ja mam specjalną wykrawajkę do scones ale pewnie szklanka też się nada. Ta wykrawajka to był jeden z pierwszych prezentów, jakie dostałam od Simona bo mu się żaliłam, że mi się scones śnią po nocy.
Piec 12-15 minut w temperaturze 220 stopni.
Na szczęście my osłodziliśmy sobie ten dzień tradycyjnymi irlandzkimi bułeczkami - scones (czytaj: skons). Dla znających angielski i miłośników cytuję dowcip związany z tymi bułeczkami:
What's the fastest food in the world? Scone. (ja też nie rozumiałam na początku i czytanie na głos pomaga)
Robi się je bardzo szybko więc są pyszną opcją na niedzielne śniadanie. Takie gorące, z rozstapiającym się masłem....ślinka mi leci na samą myśl.
A na scones potrzebujemy:
1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki cukru pudru
30 g masła
215 g maślanki
Najpierw mieszamy składniki suche. Do tego dodajemy masło i wyrabiamy palcami aż otrzymamy konsystencje bułki tartej. Na koniec dodajemy maślankę i szybko mieszamy - nie musi być z aptekarską precyzją. Zagniatamy i rozwałkowjemy na 1,5-2 cm grubości. Wycinamy kółka - ja mam specjalną wykrawajkę do scones ale pewnie szklanka też się nada. Ta wykrawajka to był jeden z pierwszych prezentów, jakie dostałam od Simona bo mu się żaliłam, że mi się scones śnią po nocy.
Piec 12-15 minut w temperaturze 220 stopni.
Sunday, 7 March 2010
Dunham Massey
W zeszłym tygodniu wybraliśmy się do posiadłości w Dunham Massey. Posiadłość to przede wszystkim ogromny park z jeleniami, około 45 budynków i ogrody. Dawniej należała do lord Stamforda a teraz do National Trust. The National Trust for Places of Historic Interest or Natural Beauty jak sama nazwa wskazuje zajmuje się ochroną i udostępnianiem zabytków historycznych i przyrody. W całej Wielkiej Brytanii jest około 300 miejsc, którymi opiekuje się National Trust i poza dawnymi posiadłościami lordów jest tam też na pryzkład rodzinny dom Johna Lennona. Odnowa zabytków nie jest tania dlatego też i zwiedzanie nie należy do najtańszych. Wypad do Dunham Massey kosztowałby nas około 25 funtów dlatego podjęliśmy męską decyzję i zostaliśmy członkami National Trust. Za niespełna 90 funtów możemy przez cały rok zwiedzać wszystkie 300 posiadłości ile nam się żywnie podoba.
To oznacza, że najbliższe 52 weekendy mamy już zapełnione, cha cha cha.
A Dunham Massey?
W domu najbardziej zainteresowała mnie kuchnia, a szczególnie kuchenka, która jest marzeniem każdej gospodyni domu o wdzięcznej nazwie Aga. Aga to bardzo znana marka w Anglii i za kuchenkę (chociaż nie powinnam używać tak zdrobniałej nazwy do tego kolosa) trzeba zapłacić około 6.000 funtów.
To oznacza, że najbliższe 52 weekendy mamy już zapełnione, cha cha cha.
A Dunham Massey?
W domu najbardziej zainteresowała mnie kuchnia, a szczególnie kuchenka, która jest marzeniem każdej gospodyni domu o wdzięcznej nazwie Aga. Aga to bardzo znana marka w Anglii i za kuchenkę (chociaż nie powinnam używać tak zdrobniałej nazwy do tego kolosa) trzeba zapłacić około 6.000 funtów.
Poza kuchnią interesujące były też łazienki i prasowalnie.
Ale jeśli wrócimy tam znowu to dla ogrodóm i parku.
Jelenia pasą się tak blisko, że można je niemal dotknąć. Nie ma żadnego ogrodzenia bo to tak naprawdę ich terytorium.
Ale najpięknięjsze były przebiśniegi. Całe pole białych skromnych kwiatków.
Takie niepozorne z zewnątrz...
a jakie skomplikowane wnętrze. Całkiem jak kobiety.
Wednesday, 17 February 2010
Tłusty wtorek
Wcale się nie pomyliłam i chodzi mi dokładnie o tłusty wtorek, a nie czwartek. Anglicy, podobnie jak Francuzi obchodzą Tłusty Wtorek zwany tutaj Shrove Tuesday, a we Francji Mardi Gras.
Koniec popisów lingwistycznych, czas na popisy kulinarne. A w moim biurze to bardzo proste. Dlaczego?
Otóż w Tłusty Wtorek Anglicy smażą naleśniki i jedzą je polane sokiem z cytryny i posypane cukrem. Bo to czas, kiedy trzeba było takie frykasy wykorzystać przed nadchodzącym postem. Kiedy zapytałam się wczoraj koleżanki z biurka obok czy będzie smażyć wieczorem naleśniki, ta z lekkim przerażeniem powiedziała: "Oh, zapomniałam kupić ciasto na naleśniki!" Kolega z drugiego biurka zapytany dzisiaj jak mu poszło smażenie powiedział: "Poszedłem do sklepu z zamiarem kupna wszystkich składników bo chciałem sam te naleśniki smażyć. Ale przy kasie wyłożyli gotowe naleśniki, pakowane po osiem sztuk za funta to odłożyłem jajka i kupiłem gotowe. Pyszne były."
Czy ja jeszcze coś muszę dodawać? Jestem jedyna osobą w naszym biurze, a może jedną z dwóch w całym budynku, która na urodziny przynosi ciasto domowej roboty. Teraz muszę uważać bo na pierwszym piętrze ponoć pracuje nowa dziewczyna - Rosjanka. Pierwszego dnia częstowała ludzi polskimi ciastkami. Piszę "podobno" bo dla moich kochanych angielskich kolegów Rosja i Polska to jedna wielka masa za żelazną kurtyną. Już mi się dwa razy zdarzyło, że mnie zapytali czy nie mogłabym tłumaczyć rozmowy bo klient jest z Węgier. Dlatego nie ma dla nich różncy czy ciastka są polskie czy rosyjskie.
Tak czy siak, nie powinnam narzekać bo dzięki temu robię zawrotną furrorę.
I żeby już całkiem się wyróżnić zrobiłam naleśniki inne od innych - nazywają się otrębowe naleśniki ze Staffordshire albo Tunstall tortilla.
Przepis jest następujący:
Wymieszaj 225 gr otrębów (albo zmielonych płatków owsianych) z 110 gr mąki pełnoziarnistej i 112 gr białej mąki. W osobnej misce wymieszaj 1 łyżeczkę suchych drożdży (ja dałam na oko trzyrazy tyle żywych drożdży) z 820 ml ciepłej wody i mleka i łyżeczką cukru. Odczekaj aż mikstura zacznie pracować i następnie powoli mieszaj ją z suchymi składnikami. Przykryj i odstaw na godzinę, albo jeszcze lepiej na całą noc, do lodówki.
A potem już pozostaje smażenie. Ciasto jest dość gęste i ponieważ jest z otrębami nie rozprowadza się tak łątwo jak normalne. Ja wyrównywałam ciasto łyżką. Podawać najlepiej z grzybami albo bekonem i serem. Nam na słodko też smakowały.
Zdjęć nie ma bo naleśniki za szybko znikały.
Koniec popisów lingwistycznych, czas na popisy kulinarne. A w moim biurze to bardzo proste. Dlaczego?
Otóż w Tłusty Wtorek Anglicy smażą naleśniki i jedzą je polane sokiem z cytryny i posypane cukrem. Bo to czas, kiedy trzeba było takie frykasy wykorzystać przed nadchodzącym postem. Kiedy zapytałam się wczoraj koleżanki z biurka obok czy będzie smażyć wieczorem naleśniki, ta z lekkim przerażeniem powiedziała: "Oh, zapomniałam kupić ciasto na naleśniki!" Kolega z drugiego biurka zapytany dzisiaj jak mu poszło smażenie powiedział: "Poszedłem do sklepu z zamiarem kupna wszystkich składników bo chciałem sam te naleśniki smażyć. Ale przy kasie wyłożyli gotowe naleśniki, pakowane po osiem sztuk za funta to odłożyłem jajka i kupiłem gotowe. Pyszne były."
Czy ja jeszcze coś muszę dodawać? Jestem jedyna osobą w naszym biurze, a może jedną z dwóch w całym budynku, która na urodziny przynosi ciasto domowej roboty. Teraz muszę uważać bo na pierwszym piętrze ponoć pracuje nowa dziewczyna - Rosjanka. Pierwszego dnia częstowała ludzi polskimi ciastkami. Piszę "podobno" bo dla moich kochanych angielskich kolegów Rosja i Polska to jedna wielka masa za żelazną kurtyną. Już mi się dwa razy zdarzyło, że mnie zapytali czy nie mogłabym tłumaczyć rozmowy bo klient jest z Węgier. Dlatego nie ma dla nich różncy czy ciastka są polskie czy rosyjskie.
Tak czy siak, nie powinnam narzekać bo dzięki temu robię zawrotną furrorę.
I żeby już całkiem się wyróżnić zrobiłam naleśniki inne od innych - nazywają się otrębowe naleśniki ze Staffordshire albo Tunstall tortilla.
Przepis jest następujący:
Wymieszaj 225 gr otrębów (albo zmielonych płatków owsianych) z 110 gr mąki pełnoziarnistej i 112 gr białej mąki. W osobnej misce wymieszaj 1 łyżeczkę suchych drożdży (ja dałam na oko trzyrazy tyle żywych drożdży) z 820 ml ciepłej wody i mleka i łyżeczką cukru. Odczekaj aż mikstura zacznie pracować i następnie powoli mieszaj ją z suchymi składnikami. Przykryj i odstaw na godzinę, albo jeszcze lepiej na całą noc, do lodówki.
A potem już pozostaje smażenie. Ciasto jest dość gęste i ponieważ jest z otrębami nie rozprowadza się tak łątwo jak normalne. Ja wyrównywałam ciasto łyżką. Podawać najlepiej z grzybami albo bekonem i serem. Nam na słodko też smakowały.
Zdjęć nie ma bo naleśniki za szybko znikały.
Thursday, 4 February 2010
Końcówka zimy
Końcówka zimy to taki czas, kiedy jeszcze nie można nic sadzić ani kopać bo ziemia jest ciągla zamarznięta. W tym roku wyjątkowo nawet w Anglii. A zimy takiej, żeby na sanki się wybrać też nie ma więc pozostaje planowanie, zamawianie nasion, dokarmianie i od czasu do czasu krótkie wypady do miejscowości ładniejszych niż Bolton. W zeszłym tygodniu postanowiliśmy powtórzyć miłą wizytę w Buxton. Buxton to miejscowość ze źródłami zdrowych wód czyli trochę taka nasza Krynica. Życie tutaj płynie spokojnie, a nawet jak głosi napis przed uzdrowiskiem śmiertelnie powolnie.
Zatwardziałym kuracjuszom żadna temperatura nie jest straszna.
W takim tempie należy się poruszać w okolicach basenów zdrojowych.
Widok z parkowego wzgórza.
A na oglądanie ptaszków wybraliśmy się już tradycyjnie do Penigton Flash. Dawnej kopalni węgla kamiennego przerobionej na miejsce, gdzie można popływać na łódkach i poobserwować ptaki. Może to pomysł dla upadających polskich kopalni?Rudzik
Potrzos (z rodziny wróblowatych, co widać)
Pan i pani gil
A to już powszechnie znane łabędzie i gęś kanadyjska
Subscribe to:
Posts (Atom)