Nasz ukochany bochenek doczekał się uznania nie tylko ze strony polskich emigrantów ale lokalnych chlebożerców.
W naszej lokalnej gazecie – Manchester Evening News - pojawiła się krótka wzmianka. Krótka bo krótka ale nie będę nosem kręcić bo napisali o naszym pieczywie jak należy ;-)
Niejaka Joanna Blythman – specjalista żywieniowy powiedziała, że chleb serwowany w kanapkach jest narodową hańbą. Chodziło jej głównie o chleb kupowany przez zabieganych pracowników w porze lunchu ale myślę, że można ten wniosek rozciągnąć na inne bochenki. A skoro mowa o kanapkach w porze lunchu. Coraz trudniej kupić tutaj w kiosku gazetę natomiast z czekoladowym batonikiem, napojem gazowanym albo kanapką nie ma problemu.
I teraz muszę się do czegoś przyznać, chociaż rodacy mnie zjedzą żywcem. Otóż lubię chleb, który kupujemy. Może dlatego, że nie jest to kiepski biały chleb tylko razowy? Lubię te mięciutkie kromeczki, na których się nie niszczy zębów. Chociaż do szału doprowadza mnie rozsmarowywanie masła na nich. Czasami graniczy to z cudem. Chleb jest tak miękki, że każde posunięcie noża powoduje, że masło i kawałek pieczywa zostaje na nożu a w kromce jest dziura. Ale też ten chleb jest stworzony głównie do robienia tostów a nie kanapek. No dobra, nie zmienia to faktu, że jestem zdrajcą ;-)
Odeszłam jednak trochę od artykuliku, od którego to się zaczęło. Joanna zażądała natychmiastowych działań mających na celu poprawę jakości chleba. Nalepiej zacząć od najmłodszych lat i zacząć uczyć dzieci pieczenia chleba już w szkole. Trzeba wspomnieć, że lekcje z gotowania zostały w Wielkiej Brytanii wycofane ze szkół ze wzgledów bezpieczeństwa. Znowu ochrona obywatela zbyt daleko posunięta, ale to moja osobista dygresja.
I żeby zakończyć tyradę o chlebie naszym powszednim, zacytuję ostatnie zdanie Joanny Blythman: „To narodowa hańba i jeden z podstawowych powodów, dla których nasza kuchnia jest tak negatywnie oceniana przez obcokrajowców. Nic dziwnego, że Polacy otwierają tutaj swoje własne piekarnie”.
Od dawna już wiedzieliśmy, że nie jesteśmy gęsi i mamy własny jezyk i własne pyszne pieczywo ale miło przeczytać, że ktoś jeszcze to docenia. W końcu nasze opinie nie są obiektywne.
Swoją drogą, chyba już czas na notkę o moich tęsknotach kulinarnych a Boże Narodzenie będzie sprzyjać takim nostalgicznym notkom.
Monday, 10 December 2007
Tuesday, 4 December 2007
Ostrożność do przesady
Gdzie informacji za wiele tam umysł się wyłącza. Pewnie jestem niesprawiedliwa i stronnicza ale mam wrażenie, że tutaj myślenie jest jest już na drugim biegu kiedy w innych krajach jeszcze zdarza się ludziom wrzucić trójkę. Ale spokojnie do nas też dojdzie to rozleniwienie - nieodłączny element dobrobytu. A kiedy już będziemy mieć drugą Irlandię to wszyscy będziemy na jałowym biegu szli sobie przez życie nie mącąc szarych komórek jakąś niepotrzebną refleksją.
Koniec tego poetyzowania.
Na załączonym obrazku dowód numer jeden - że będzie ich więcej nie mam złudzeń. Na słoiku z kiszonymi jajkami - lokalna zakąska do piwa - informacja dla alergików: Uwaga, zawiera jajka i siarczany. Ja bym była zdziwiona gdybym kupiła słoik kwaszonych jajek i ich tam nie znalazła ale...co kraj to obyczaj. 
Wednesday, 21 November 2007
Wielki Błękit na końcu drogi
Zgodnie z regułami języka polskiego nie powinnam pisać Wielki Błękit z dużych liter skoro nie mam na myśli tytułu filmu Luca Bessona. A nie mam. Gdyby Luc Besson zobaczył to, co ja na końcu krótkiej ale intensywnej wspinaczki wzdłuż Mill Ghyll, to jego film byłby o czymś całkiem innym.
I bez zbędnego gadania powiem, że warto było wstać skoro świt o 7.30 ;-), i warto było troszkę się spocić dla tego widoku jeziora na szczycie. Żadnych tłumów bo kto łazi po górach w listopadzie i to jeszcze w poniedziałek. Tylko my i stada owiec (z ogonkami).
I krótka lekcja, bo notka może krótka ale wartości odżywcze dla szarych komórek musi mieć. To, co na zdjęciu to Stickle Tarn. Wyraz tarn to nazwa jeziora na szczycie góry. Stąd nasze kochane Morskie Oko to właśnie tarn a nie lake.
Jeśli kiedykolwiek zawędrujecie w te strony to koniecznie musicie zobaczyć Lake District - góry i jeziora w jednym. Mniam mniam ;-)
Monday, 5 November 2007
Kacze pożegnanie
Kiedy zobaczyliśmy tę maszynkę do puszczania baniek mydlanych od razu wiedzieliśmy, że to jest to!
I wczoraj uroczyście puściłam kilka baniek w Nob End na znak częściowego pożegnania z jednym bratem i może nawet jako przeprosiny dla drugiego.
I nawet nazwa miejscowości to taki nomen omen. Ponieważ jestem osobą czasami wstydliwą dlatego pozostawię tłumaczenie bardziej dociekliwym. Wprawdzie w języku angielskim ta brzydka wersja tego wyrazu jest pisana przez "k" to jednak według słownika polsko-angielskiego zarówno wersja nob jak i knob oddają to, co mają oddać. 
Friday, 2 November 2007
1 listopada
Ponieważ w Wielkiej Brytanii ważniejsze są takie święta jak Halloween (31 października) czy Guy Fawkes (5 listopada) niż Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny dlatego ten dzień jest z jednej strony taki sam jak inne a z drugiej Polacy muszą sobie po cichu to święto obchodzić. I może lepiej tak po cichu bo gdy sobie przypomnę te tłumy na cmentarzu, watę cukrową i dmuchane zabawki, które nie mają nic wspólnego ze zmarłymi to może lepiej w takiej odległości od tego zgiełku się zadumać.
A ciekawostka? W radiu BBC Program 4 codziennie ktoś czyta taki swój prywatny felieton - Thought of the day. Dzisiaj był to ksiądz (nie wiem jakiego wyznania), który powiedział, że trochę zazdrości Polakom takiego podejścia do tego dnia. Tego, że w tym dniu myślimy o naszych bliskich, którzy odeszli i nie odsuwamy myśli o śmierci jak najdalej od siebie. Troszkę się z nią oswajamy. Powiedział też, że może gdyby Brytyjczycy częściej myśleli o śmierci to nie byłyby potrzebne takie rzesze psychologów pomagajacych mieszkańcom Wielkiej Brytwanny uporać się ze swoimi myślami, emocjami i załamaniem gdy gdzieś koło nas ktoś umiera.
Subscribe to:
Posts (Atom)