Pomimo nerwowych komentarzy i zwątpienia wybraliśmy się w tym roku na targ koni w Appleby. Nie jest to zwykły koński targ bo jest organizowany (jeśli o jakiejkolwiek organizacji można tutaj mówić) przez i dla Cyganów. Nam Cygan może się kojarzyć z kobietą w kwiaciastej sukni wołającej "powróżyć, karty postawić, kochanieńka" i żebrzącymi dzićmi. Cygan to dla Anglików albo Gypsy albo Traveller. Nasi Cyganie czyli Romowie chyba do Appleby nie zaglądają.
Impreza jest zdecydowanie dla Travellersów, a nie dla turystów. Poza paroma stoiskami z hotdogami i burgerami nie ma typowo turystycznych atrakcji czyli żadnych pamiątek i wróżenia ze szklanej kuli. Sami zainteresowani całkowicie ignorują turystów szwędających się z aparatami fotograficznymi. Pomimo tego dla pewności nie robiłam zdjęć kobietom choć bardzo to było kuszące. Ich bezpośrednia reakcja na pstrykanie fotek kuso odzianym pannom mogłaby mi się nie spodobać. I obecność policji też na nic by się zdała, podejrzewam.
Przeprowadzanie koni przez wodę i mycie ich (i chłodzenie) to część rytuału.
Zachowując jednak bardzo proste zasady bezpieczeństwa można miło spędzić dzień, posłuchać irlandzkiego akcentu i podziwiać kilkuletnich chłopaków pędzących na koniach środkiem miasta bez żadnego siodła.
W tym roku pogoda nie dopisała i może dlatego obyło się bez większych awantur. Tylko kilka aresztowań i to głównie za narkotyki, a nie bijatyki.
W przyszłym roku na pewno znowu się wybierzemy. Samochód polecam zaparkować w Settle, a potem wskoczyć w pociąg na jednej z najładniejszych angielskich tras (Settle-Carlisle).
Sunday, 22 June 2014
Sunday, 13 January 2013
Komunalne życie
Te zdjęcia wywołały dyskusję w naszym biurze. Dla tych, którzy nie wiedzą, pracuje w dziale zajmującym się rejestracja osób, które chciałyby dostać mieszkanie z urzędu i reklamą tychże (mieszkań, nie osób). Mniej więcej 10 osób znających system od podszewki ale żadna z tych osób, z jednym wyjątkiem, nie mieszka w tego typu domach. I stąd myślę dyskusja. To może najpierw zobaczmy zdjęcia.
Wszystkie były pokazane na wystawie w lokalnym muzeum w Bolton. Zdjęcia miały pokazać lokalną społeczność. Niewinne obrazki rodzin i znajomych pijących razem piwko i oglądających mecz. Czy to może wywołać gorącą dyskusję? A jednak.
Okazało się, że wizja domu i znajomych spędzających czas razem nie jest taka oczywista. Nie podobało się, że telewizor na zewnątrz więc hałas (oj, rozumiem), że dzieci niebezpiecznie bawią się ogniem, że na stole nie ma żadnego jedzenia (to moja uwaga, bo co to za dom, gdzie nie ma na stole kawałka ciasta, kawy i sałatki
itd).
Co ja o tym wszystkim myślę?
Od pięciu lat mieszkam w domu. Nigdy wcześniej nie miałam tego przywileju więc cały czas podejście Anglików do domów i mieszkań mnie zaskakuje. Dla mnie to narzekanie rozpuszczonych dzieci, które zawsze miały drogie zabawki i nagle muszą wycinać szabelkę z tektury. Zacznijmy od tego, że nasze miaszkania mierzy się w metrach kwadratowych, a nie liczbą sypialni jak w Anglii. Ja pamiętam, że nasz ‘duży pokój’ był salonem za dnia, jadalnią w czasie posiłku i sypialnią w nocy. Nigdy nie było w tym nic dziwnego. W naszym bloku było wszystko, i wariat, który chciał nas podpalić bo mu nie mówimy 'dzień dobry', i kilku pijaczków (jedne nawet mi dość bliski). Zdrad nie pamiętam, ale jako dzieci takie rzeczy nas
nie interesowały. I chyba za biednie było na takie wydumane rozrywki. Trzeba było stać za chlebem i tyle. Wspominam to wszystko ciepło bo to moje dzieciństwo. Pełne przyjaciół i znajomych, zabaw w Czterech pancernych, w złodziei i policjantów, w zakładanie kawiarni i restauracji (wydział urzędu miasta musiał nas nienawidzieć za stoliki z płyt chodnikowych). Straszne i smutne sprawy staramy się spychać.
Pamiętam chłopa krzyczącego z wozu w sobotę rano „Kartofle, kartofle!” ale nie chcę pamiętać plamy krwi, śladu po dziecku, które wypadło z piątego piętra w bloku naprzeciwko. Czy dlatego, że moją jedyną tragedią była dziura w brodzie uważam, że przepisy angielskie są przesadzone i panikują bez potrzeby. W Anglii dzieci poniżej 10. roku życia nie mogą mieszkać w mieszkaniach na pierwszym piętrze. Była to dla mnie przesadzona panika bo sama mieszkałam na dziesiątym piętrze i moja mama przechodziła między balkonami bez żadnego zabezpieczenia. Szczęście? Opatrzność?
Dlaczego więc z lekkim niesmakiem patrzymy na te zdjęcia? Jesteśmy lepsi?
Friday, 22 June 2012
Tańcz, głupia tańcz
Mam wyjaśnienie wszystkich problemów ludzkości - brak tańca. Jego znikome ilości lub koszmarnie niska jakość czyli "uciskanie kapusty" na dyskotece. Już nawet dziekie pogo jest lepsze od tego. Patrzyłam wczoraj na gościa w centrum Manchesteru, który tańczył przez niemal dwie godziny bez przerwy. Zresztą być może tańczył przez 3 albo cztery godziny bo tańczył gdy przyszłyśmy na Piccadilly Gardens i gdy opuszczałyśmy ten plac. Pot się z niego lał ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. To ten sam koleś, który jest na pierwszym zdjęciu.
Szkoda, że tak mało tańczymy. Nie byłoby problemu z nadwagą, nadciśnieniem, złym humorem i deszczową pogodą. Kiedy byłam jeszcze szczeniakiem to zdarzało się z koleżanką w deszczu śpiewać "Piosenkę deszczową". I od razu było lepiej. To dlaczego nie teraz?
Muszę coś z tym zrobić, chyba zacznę tańczyć z Kaliną.
To ten gość zabawia ludzi na Piccadilly Gardens
Pszczółeczka była tak ruchliwa, że nie mogłam jej uchwycić.
Przez cały czas mogłam robić zdjęcia i nikt mi nie stawał w obiektywie. Jak tylko pojawiły się panie w strojach jak z Rio de Janeiro...panowie ruszyli do ataku i zaczęli robić zdjęcia czym się dało.
Do tego zdjęcia potrzebna byłaby muzyka. Póki co musi wystarczyć obraz bez audio.
To ten gość zabawia ludzi na Piccadilly Gardens
Pszczółeczka była tak ruchliwa, że nie mogłam jej uchwycić.
Przez cały czas mogłam robić zdjęcia i nikt mi nie stawał w obiektywie. Jak tylko pojawiły się panie w strojach jak z Rio de Janeiro...panowie ruszyli do ataku i zaczęli robić zdjęcia czym się dało.
Do tego zdjęcia potrzebna byłaby muzyka. Póki co musi wystarczyć obraz bez audio.
Tuesday, 20 March 2012
Miechunka - raz spróbować i wystarczy
Ten niepozorny owoc powyżej to miechunka (tutaj Physallis). Raz na jakiś czas skuszę się na egzotyczny owoc bo wiem, że w Polsce albo nie będzie albo będzie tak drogi, że zastanowię się dwa razy a potem stwierdzę, że nie warto ryzykować. W Bolton (jak i w całej Anglii) wymieszało się tyle narodowości, że różne cudeńka można znaleźć na straganie w dzień targowy. Miechunki nigdy w życiu nie widziałam i uwierzyłam opisowi na opakowaniu, który opisał tenże owoc następująco: miąższ przypominający pomidor, smak truskawki lub innego owocu. Co to znaczy innego owocu? A może to wyliczanka i na jaki trafi, na taki bęc?
Zasugerowałam się też sposobem podania chociaż powinna mi się zapalić czerwona lampa. I to dwa razy. Po pierwsze każdy owoc, który smakuje lepiej oblany czekoladą nie może smaczny. Po drugie skąd wiem na jaki owoc mi się trafi. Jak truskawka to jak cię mogę, ale jak będzie pomarańcza?
Najkrótszy komentarz, jakim mogę się podzielić to... nawet czekolada nie pomogła. Po prau dniach wyrzuciłam chyba połowę owoców miechunki. Szkoda, że oblałam je czekoladą bo ich kwaskowaty posmak dobrze by zrobił jakiejś sałatce. Prędko do miechunki nie wrócę (jeśli w ogóle) ale nadal uważam, że lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało.
Zasugerowałam się też sposobem podania chociaż powinna mi się zapalić czerwona lampa. I to dwa razy. Po pierwsze każdy owoc, który smakuje lepiej oblany czekoladą nie może smaczny. Po drugie skąd wiem na jaki owoc mi się trafi. Jak truskawka to jak cię mogę, ale jak będzie pomarańcza?
Najkrótszy komentarz, jakim mogę się podzielić to... nawet czekolada nie pomogła. Po prau dniach wyrzuciłam chyba połowę owoców miechunki. Szkoda, że oblałam je czekoladą bo ich kwaskowaty posmak dobrze by zrobił jakiejś sałatce. Prędko do miechunki nie wrócę (jeśli w ogóle) ale nadal uważam, że lepiej spróbować i żałować niż żałować, że się nie spróbowało.
Tuesday, 11 October 2011
Tuesday, 6 September 2011
Krótka historia Kamila czyli powrót na bloga
Nie było mnie tutaj bardzo długo. Aż się wierzyć nie chce. Ale wróciłam. Bo trzeba gdzieś to z siebie wszystko wyrzucać. Inaczej zbiera się na wątrobie albo powoduje wrzody żołądka. A wątroba moja padła ofiarą dziwnego ataku ostatnio. Znajomi pomyślą, że to od picia. Nieznajomi mogą mnie podejrzewać o narkotyki. A tu człowiek niewinny. Ależ czy nie wszyscy tak mówią w więzieniu?
Wróciłam. I powoli po trzęsieniu ziemi, jakim jest przybycie Małego Człowieka do naszego domostwa wraca mój sarkazm. Mózg początkowo zablokował wszystkie bodźce zewnętrzne i działał na zasadzie: pielucha, karmienie, pielucha karmienie. Teraz się odradza jak Feniks z pieluch.
Czas wybrać się gdzieś w dalsze rejony i przewietrzyć szare komórki. Poznać nowych ludzi, którzy nie pędzą za niczym. Nie jestem w stanie osiągnąć takiego stanu i zazdroszczę trochę. Odpada im mnóstwo zmartwień, które są i tak nieważne. Ale dajemy sobie wmówić, że są. Od czasu do czasu skrzecząca rzeczywistość dopada ich również, jak na przykład debit na koncie. Jednak ogólnie żyją zasadą przychodzimy na ten świat z niczym i z niczym odejdziemy.
Takich właśnie ludzi poznaliśmy w Worcester, na farmie Kite's Nest Farm. Lewicowcy i zagorzali zwolennicy rozsądnej hodowli zwierząt, zdrowego odżywiania i kultowania dzieci w nas. Rosamund i Richard to rodzeństwo prowadzące farmę. Ich mama niedawno odeszła. Do tej pory na farmie wiele zależało właśnie od niej. Teraz rodzeństwo, chociaż bardzo tego nie chce, musi doprowadzić farmę do takiej formy, aby przynosiła zysk. My skorzystaliśmy z ich gościnności i odwiedziliśmy ich podczas długiego sierpniowego weekendu.
Kamil przyjechał do Anglii, jak wielu Polaków w ciągu ostatnich lat w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Nie znał ani słowa po angielsku poza yes i my fiend in Evesham. Wysiadł z autokaru i udał się do Job Centre czyli naszego pośredniaka. Tak się złożyło, że w tymże urzędzie pracy kilka minut wcześniej Richard złożył ofertę zatrudnienia pomocnika na farmie. Kamil był ofertą zainteresowany i został poproszony o wybranie się na farmę na nieformalną rozmowę. Richard się ucieszył, że tak szybko znaleźli kandydata i czekał niecierpliwie. I czekał. I czekał. Kamil zjawił się na farmie trzy godziny później. Biedak nie miał żadnego innego środka transportu, a na farmę było około 12 kilometrów.
Pogadali sobie panowie i Richard powiedział Kamilowi, że da mu znak czy jest zwycięskim kandydatem za parę dni. W końcu spodziewał się jeszcze kilku kandydatów. Kamil niestety, jak już wcześniej wspomniałam, nie znał angielskiego. I został na farmie, żeby pracować.
I tak pracował przez następne trzy lata.
Różnie bywało ale generalnie był bardzo pracowity. Richard powiedział, że nie znalazłby tak ciężko pracującego Anglika. Zresztą żaden na ogłoszenie nie odpowiedział.
Historia jego odejścia według Rozamund nie zgadza się z tą, którą opowiedział nam Richard więc nie będę jej cytować. Ważniejszy jest epilog historii.
Richard spotkał Kamila kilka lat później w Evesham. Kamil pracował przez czas jakiś w Tesco. Oszczedzał każdy zarobiony grosz (robił to już zresztą na farmie). Teraz jest właścicielem dwóch domów, z czego jeden wynajmuje. Angielski sen się ziścił?
Wróciłam. I powoli po trzęsieniu ziemi, jakim jest przybycie Małego Człowieka do naszego domostwa wraca mój sarkazm. Mózg początkowo zablokował wszystkie bodźce zewnętrzne i działał na zasadzie: pielucha, karmienie, pielucha karmienie. Teraz się odradza jak Feniks z pieluch.
Czas wybrać się gdzieś w dalsze rejony i przewietrzyć szare komórki. Poznać nowych ludzi, którzy nie pędzą za niczym. Nie jestem w stanie osiągnąć takiego stanu i zazdroszczę trochę. Odpada im mnóstwo zmartwień, które są i tak nieważne. Ale dajemy sobie wmówić, że są. Od czasu do czasu skrzecząca rzeczywistość dopada ich również, jak na przykład debit na koncie. Jednak ogólnie żyją zasadą przychodzimy na ten świat z niczym i z niczym odejdziemy.
Takich właśnie ludzi poznaliśmy w Worcester, na farmie Kite's Nest Farm. Lewicowcy i zagorzali zwolennicy rozsądnej hodowli zwierząt, zdrowego odżywiania i kultowania dzieci w nas. Rosamund i Richard to rodzeństwo prowadzące farmę. Ich mama niedawno odeszła. Do tej pory na farmie wiele zależało właśnie od niej. Teraz rodzeństwo, chociaż bardzo tego nie chce, musi doprowadzić farmę do takiej formy, aby przynosiła zysk. My skorzystaliśmy z ich gościnności i odwiedziliśmy ich podczas długiego sierpniowego weekendu.
To jest "domek" Rosamund i Richarda.
A skąd się wziął Kamil? Otóż to nasi gospodarze opowiedzieli nam jego historię. Kamil przyjechał do Anglii, jak wielu Polaków w ciągu ostatnich lat w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Nie znał ani słowa po angielsku poza yes i my fiend in Evesham. Wysiadł z autokaru i udał się do Job Centre czyli naszego pośredniaka. Tak się złożyło, że w tymże urzędzie pracy kilka minut wcześniej Richard złożył ofertę zatrudnienia pomocnika na farmie. Kamil był ofertą zainteresowany i został poproszony o wybranie się na farmę na nieformalną rozmowę. Richard się ucieszył, że tak szybko znaleźli kandydata i czekał niecierpliwie. I czekał. I czekał. Kamil zjawił się na farmie trzy godziny później. Biedak nie miał żadnego innego środka transportu, a na farmę było około 12 kilometrów.
Pogadali sobie panowie i Richard powiedział Kamilowi, że da mu znak czy jest zwycięskim kandydatem za parę dni. W końcu spodziewał się jeszcze kilku kandydatów. Kamil niestety, jak już wcześniej wspomniałam, nie znał angielskiego. I został na farmie, żeby pracować.
I tak pracował przez następne trzy lata.
Różnie bywało ale generalnie był bardzo pracowity. Richard powiedział, że nie znalazłby tak ciężko pracującego Anglika. Zresztą żaden na ogłoszenie nie odpowiedział.
Historia jego odejścia według Rozamund nie zgadza się z tą, którą opowiedział nam Richard więc nie będę jej cytować. Ważniejszy jest epilog historii.
Richard spotkał Kamila kilka lat później w Evesham. Kamil pracował przez czas jakiś w Tesco. Oszczedzał każdy zarobiony grosz (robił to już zresztą na farmie). Teraz jest właścicielem dwóch domów, z czego jeden wynajmuje. Angielski sen się ziścił?
Sunday, 1 May 2011
Wiosenne uderzenie kolorami
Wiosna nie musi oznacza tylko wątłych, aczkolwiek pięknych pierwiosnków i przebiśniegów. W tym roku zakochałam się w primulach. Zawsze myślałam, że muszą być żółte. A tutaj feria kolorów jest niemal niekończąca się. A jeszcze odpowiednio wyeksponowane są już po prostu dziełem sztuki same w sobie.
W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się na wystawę kwiatów w Harrogate. Mnóstwo ludzi, masa przepięknych kwiatów i roślin. Przecudnie spędzony dzień.
Oczywiście wróciłam z nową roślinką na parapet. Moja nowa miłość to begonia Red Robin czyli Czerwony Rudzik.
W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się na wystawę kwiatów w Harrogate. Mnóstwo ludzi, masa przepięknych kwiatów i roślin. Przecudnie spędzony dzień.
Oczywiście wróciłam z nową roślinką na parapet. Moja nowa miłość to begonia Red Robin czyli Czerwony Rudzik.
Sunday, 27 March 2011
Lepiej późno niż wcale
Nie zdawałam sobie sprawy wcale, że od trzech miesięcy nie zaglądałam na bloga. Straszne zaniedbanie. Zima nie sprzyjała obserwacjom, którymi mogłabym się dzielić tak od razu ale teraz podzielę się i to z nawiązką.
Bo działo się wiele tylko tak po cichu.
Myślę, że załączone zdjęcie, choć niewyraźne to jednak wiele wyjaśnia. Na zdjęciu jest nasza Kruszyna zwana Szarlotką przez Simona i Skowronkiem przez moją mamę. Nie mamy pewności czy będzie to bardziej ona czy on ale szala przechyla się na korzyść tej pierwszej. A zatem przedstawiamy, naszą Kruszynę:
Bo działo się wiele tylko tak po cichu.
Myślę, że załączone zdjęcie, choć niewyraźne to jednak wiele wyjaśnia. Na zdjęciu jest nasza Kruszyna zwana Szarlotką przez Simona i Skowronkiem przez moją mamę. Nie mamy pewności czy będzie to bardziej ona czy on ale szala przechyla się na korzyść tej pierwszej. A zatem przedstawiamy, naszą Kruszynę:
Friday, 31 December 2010
Ostatnia notka w tym roku czyli o świętowaniu na poważnie
Ostatnim rzutem na taśmę będzie o świętach. O świętach wszelakich, nie tylko Bożym Narodzeniu. Dotarło do mnie co mi nie gra w angielskim obchodzeniu świąt. Może na początku nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mi nie gra. A kiedy zaświtało w mojej głowie, o co chodzi nagle wszystkie kawałki tej układanki pasowały jak ulał. I jednocześnie dotarło do mnie jak naiwna byłam w swoich poglądach na Zachód w młodzieńczych latach. A może nie mam racji i poglądy mi się zmieniły bo sę starzeję? Taka opcja też jest możliwa.
Owijam i owijam a nadal nie wiadomo o co mi chodzi. A chodzi mi o Bank Holiday czyli dni wolne od pracy w Anglii. Pamiętam jak się zarzymałam nastolatką będąc, że państwa bardziej rozwinięte doskonale to rozwiązały i przesunęły wszystkie święta na poniedziałek, dzięki czemu nie ma 8-dniowych weekendów. Z ekonomicznego punktu widzenia rozwiązanie genialne. Niestety społeczeństwo przez to straciło kawałek 'kręgosłupa', stelaża...ramy, która układała cały rok w jakiś logiczny porządek. Anglicy nie mają pojęcia o co chodzi z majowym wolnym poniedziałkiem. I podobnie jest z sierpniem i innymi dniami wolnymi. To są po prostu Bank Holidays. Ale skąd się wzięły? Dodamy taką ignorancję do nieobchodzenia Dnia Kobiet, Dnia Dziecka i nagle Anglia robi się płaska i bez smaku jak ....angielski chleb. Jałowo się robi. I ja wiem, że nasze polskie, czasami do przesady robuchane, świętowanie może śmieszyć ale chyba wolę tak. Z tłumami na Wszystkich Świętych, w pochodem majowym (które jeszcze pamiętam), z kwiatkiem na Dzień Kobiet i lodami na Dzień Dziecka.
Stąd mój apel na ten nowy rok: Nie przenoście nam świąt na poniedziałek!!!
Owijam i owijam a nadal nie wiadomo o co mi chodzi. A chodzi mi o Bank Holiday czyli dni wolne od pracy w Anglii. Pamiętam jak się zarzymałam nastolatką będąc, że państwa bardziej rozwinięte doskonale to rozwiązały i przesunęły wszystkie święta na poniedziałek, dzięki czemu nie ma 8-dniowych weekendów. Z ekonomicznego punktu widzenia rozwiązanie genialne. Niestety społeczeństwo przez to straciło kawałek 'kręgosłupa', stelaża...ramy, która układała cały rok w jakiś logiczny porządek. Anglicy nie mają pojęcia o co chodzi z majowym wolnym poniedziałkiem. I podobnie jest z sierpniem i innymi dniami wolnymi. To są po prostu Bank Holidays. Ale skąd się wzięły? Dodamy taką ignorancję do nieobchodzenia Dnia Kobiet, Dnia Dziecka i nagle Anglia robi się płaska i bez smaku jak ....angielski chleb. Jałowo się robi. I ja wiem, że nasze polskie, czasami do przesady robuchane, świętowanie może śmieszyć ale chyba wolę tak. Z tłumami na Wszystkich Świętych, w pochodem majowym (które jeszcze pamiętam), z kwiatkiem na Dzień Kobiet i lodami na Dzień Dziecka.
Stąd mój apel na ten nowy rok: Nie przenoście nam świąt na poniedziałek!!!
Połączenie tego, co cesarskie z tym, co boskie czyli salon samochodowy w Bolton.
Sunday, 28 November 2010
Dorset - tam mogłabym mieszkać
Do tej pory nie myślałam, że znajdę takie miejsce w Anglii, gdzie mogłabym mieszkać na zawsze. Na zawsze to może zbyt dużo ale na pewno na dłuższy czas. I znalazłam Dorset. Hmmm znowu złe określenie - nie było co znajdywać bo Dorset zawsze było, jest i będzie. Nareszcie drogi nas tam zawiodły. Potrzebowaliśmy chwii na totalne i absolutne lenistwo. Po sezonie ogrodniczym i przetwórczym chcieliśmy siedzieć w jakimś przytulnym domku, słuchać radia albo oglądać telewizję (dla nas odmiana).
Dorset przywrócił moją wiarę w Wielką Brytanię. Jak to dobrze, że nie wszędzie jest tak ....niemiło jak na północy.
W Barton Bradstock ludzie są mili nawet jeśli mnie nie znają. Widoki przecudne bo to do Francji tylko rzut kamieniem. Jedzenie jest pyszne. Dlaczego się tam nie przeniesimey od razu? Po pierwsze ceny, a po drugie praca. Dorset jest przytulne ze swoimi domkami (cottages) i sadami ale zarobić nie ma gdzie.
Dobrze, że chociaż na tydzień możemy sobie pozwolić.
Naładowaliśmy baterie i bagażnik głównie jabłkami i wędzoną rybą.
To nasza chatka - te dalsze drzwi.
To Town Mill Bakery - genialne miejsce w takim moim lekko hipisowskim stylu. Domowej roboty chleb i dżemy. Siedzenie przy długich drewnianych stołach. Pychota i wyluzowana atmosfera. Wyszliśmy stamtąd z chlebem z pradawnej mąki.

Dorset przywrócił moją wiarę w Wielką Brytanię. Jak to dobrze, że nie wszędzie jest tak ....niemiło jak na północy.
W Barton Bradstock ludzie są mili nawet jeśli mnie nie znają. Widoki przecudne bo to do Francji tylko rzut kamieniem. Jedzenie jest pyszne. Dlaczego się tam nie przeniesimey od razu? Po pierwsze ceny, a po drugie praca. Dorset jest przytulne ze swoimi domkami (cottages) i sadami ale zarobić nie ma gdzie.
Dobrze, że chociaż na tydzień możemy sobie pozwolić.
Naładowaliśmy baterie i bagażnik głównie jabłkami i wędzoną rybą.
To nasza chatka - te dalsze drzwi.
To Town Mill Bakery - genialne miejsce w takim moim lekko hipisowskim stylu. Domowej roboty chleb i dżemy. Siedzenie przy długich drewnianych stołach. Pychota i wyluzowana atmosfera. Wyszliśmy stamtąd z chlebem z pradawnej mąki.

Tuesday, 2 November 2010
Intymne chwile z kozami
Jest zimny październikowy poranek. Wczesny poranek. Bardzo wczesny, niedzelny poranek. Nie wiedząc czego się spodziewać jedziemy do Chorley odwiedzić Jane i jej kozy. Kozy pewnie też byłby niepewne gdyby wiedziały, że dwoje kompletnych nowicjuszy będzie je doić.
Ze wszystkich zwierząt, które Simon chciałby hodować chyba najbardziej lubię kozy. Nie za duże, nie za małe, dają mleko, mięso i rozrywkę. Od czasu do czasu też mam dziwną chęć na przytulenie wielkiej, ciepłej głowy krowy.
Kozy grzecznie wchodzą na podium. Siadam obok i chcąc nie chcąc przechylałm głowę w stronę jej brzucha. Ciepłe furetko, ciepłe wymiona i ciche burczenie w jej żołądku. W moim pewnie też bo prawie bez śniadania jestem. Szkoda, że trzeba się spieszyć bo inne "panie" czekają w kolejce. Takie dojenie może mieć terapeutyczne właściwości. Kiedy jest cicho wokoło i tylko mleko cicho rozbija się o blaszane ściany wiaderka. Tylko dlaczego trzeba tak wcześnie wstawać???
Ze wszystkich zwierząt, które Simon chciałby hodować chyba najbardziej lubię kozy. Nie za duże, nie za małe, dają mleko, mięso i rozrywkę. Od czasu do czasu też mam dziwną chęć na przytulenie wielkiej, ciepłej głowy krowy.
Kozy grzecznie wchodzą na podium. Siadam obok i chcąc nie chcąc przechylałm głowę w stronę jej brzucha. Ciepłe furetko, ciepłe wymiona i ciche burczenie w jej żołądku. W moim pewnie też bo prawie bez śniadania jestem. Szkoda, że trzeba się spieszyć bo inne "panie" czekają w kolejce. Takie dojenie może mieć terapeutyczne właściwości. Kiedy jest cicho wokoło i tylko mleko cicho rozbija się o blaszane ściany wiaderka. Tylko dlaczego trzeba tak wcześnie wstawać???
Thursday, 2 September 2010
Joe
Byliśmy na wielu targach ogrodniczych i rolniczych. Za każdym razem to, co mnie tam ciągnie to zwierzaki. Nie wiem czy kiedykolwiek będziemy mogli sobie pozwolić na coś więcej niż pies i jakaś ptica, a już na pewno nie będziemy się rzucali na hodowlę krów. A o krowach mówię bo były zdecydowanymi bohaterkami festiwalu rolniczego w Halifax. Byczek, bo niespełna trzylatek, o imieniu Joe był naszym faworytem. Przyjechały z nim dwie kobiałki i nawet z kolczykiem w nosie ciężko jest takim "potworem nawigować". Joe waży dobrze ponad tonę i został championem.
Czułe zdjęcie Joe z właścicielką
Niezwruszony Joe
Saturday, 7 August 2010
Żaden malarz by tego lepiej nie wymyślił
Bo tak naprawdę to skąd malarze czerpią wenę jeśli nie z przyrody.
Brakowało mi upalnego polskiego lata i takie właśnie dostałam w tym roku na wakacje. Wreszcie angielscy znajomi się zamkną. Przywiozłam opaleniznę, którą według nich znaleźć można tylko na grackich wyspach lub w Hiszpanii.
Ja natomiast w swojej głowie przywiozłam zapasy dobrych i pozytywnych obrazów.
Ciepłe poranne słońce, pyszna kawa i przecudne niebieskie ważki w Osuchu. Właściciel Starego Młyna pewnie nie czyta tego bloga ale jeśli kiedyś tu trafi to chciałabym go pozdrowić i podziekować za zdrowe podejście do życia i potajemne rozmowy o tym dlaczego nie lubimy PiS. Żona zabroniła rozmawiać o polityce z gośćmi ale czasami człowiek musi (ianczej się udusi).
Fantastyczna szarlotka (rodzynki wyjadł Simon) w zaspanej niemieckiej miejscowości Angemunde.
Konie o zachodzie słońce w Tanowie (ile siły musiałam włożyć w to, żeby nie przywieźć jednego ze słodkich szczeniaków rasy Jack Russell terrier nikt się nie dowie).
Ale najważniejsze są kolory dzikich kwiatów w zbożu. Złoto pszenicy lub owsa i rozsiane gęsto chabry, maki i margerytki. Nie ma cudowniejszego połączenia kolorów. Dziękuję rolnikom, którzy nie zabili tego chemią. Plony będą pewnie mniejsze ale ile osób uszczęśliwili za to?!
Brakowało mi upalnego polskiego lata i takie właśnie dostałam w tym roku na wakacje. Wreszcie angielscy znajomi się zamkną. Przywiozłam opaleniznę, którą według nich znaleźć można tylko na grackich wyspach lub w Hiszpanii.
Ja natomiast w swojej głowie przywiozłam zapasy dobrych i pozytywnych obrazów.
Ciepłe poranne słońce, pyszna kawa i przecudne niebieskie ważki w Osuchu. Właściciel Starego Młyna pewnie nie czyta tego bloga ale jeśli kiedyś tu trafi to chciałabym go pozdrowić i podziekować za zdrowe podejście do życia i potajemne rozmowy o tym dlaczego nie lubimy PiS. Żona zabroniła rozmawiać o polityce z gośćmi ale czasami człowiek musi (ianczej się udusi).
Fantastyczna szarlotka (rodzynki wyjadł Simon) w zaspanej niemieckiej miejscowości Angemunde.
Konie o zachodzie słońce w Tanowie (ile siły musiałam włożyć w to, żeby nie przywieźć jednego ze słodkich szczeniaków rasy Jack Russell terrier nikt się nie dowie).
Ale najważniejsze są kolory dzikich kwiatów w zbożu. Złoto pszenicy lub owsa i rozsiane gęsto chabry, maki i margerytki. Nie ma cudowniejszego połączenia kolorów. Dziękuję rolnikom, którzy nie zabili tego chemią. Plony będą pewnie mniejsze ale ile osób uszczęśliwili za to?!
Subscribe to:
Posts (Atom)















































