Sunday, 6 December 2009

Olej szefa!

Co ja tu będę pisać, kiedy zdjęcia oddają atmosferę o wiele lepiej. Reguły gry proste, płacisz funta i możesz w szefa rzucić nasączoną wodą gąbką, płacisz pięć funciaków i możesz wylać kubeł wody na jego głowę.
Zebrana kasa jest przeznaczona na cele dobroczynne - pomoc bezdomnym.
Jak długa jest Twoja lista szefów i menedżerów do oblania?





Sunday, 29 November 2009

Wakacje - wreszcie Rotterdam i Brielle

Jak pragnę zdrowia, za rok jedziemy na wakacje w jedno miejsce i będziemy siedzieć na czterech literach przez tydzień albo dwa i jedna notka załatwi całą sprawę. Póki co, część ostatnia wakacyjnych opowieści dziwnej treści.
Rotterdam. Przyznaję, że spodziewałam się czegoś bardziej zbliżonego do Amsterdamu i jeśli ktokolwiek jedzie tam z takim nastawieniem to się rozczaruje. Stara część Rotterdamu jest malutka i całość odrestaurowana po wojnie, która zniszczyła stare miasto doszczętnie. A po wojnie nie było czasu na finezyjne robótki więc Rotterdam jest nowoczesny i bardzo betonowy.
Nocowaliśmy w hostelu i od razu powinny nam się zapalić lampki, kiedy na recepcji znaleźliśmy słoiczek z zatyczkami do uszu do wzięcia za darmo. Gdy tylko zapadła noc zorientowaliśmy się co się dzieje. Drzwi do wszystkich pokoi były bardzo ciężke i metalowe. Podobnie drzwi do łazienek i na korytarzach. I teraz wyobraźcie sobie kilkadziesiąt osób wchodzących i wychodzących. Pomimo zmęczenia po 10 godzinach jazdy nie mogliśmy spać i w końcu Simon znalazł zatyczki z czasów, gdy jeszcze grał w grupie punkowej. Uffff co za ulga.
Po ciężkiej nocy wybraliśmy się na wycieczkę statkiem wokół Rotterdamu. Niestety, kolejne rozczarowanie. Chyba, że ktoś lubi patrzeć na tankowce i kontenery. Simonowi na pewno podobało się bardziej niż mi, chłopcy lubią takie "zabawki".

W samym mieście podoba mi się niemal obrazoburcze podejście do rzeczy intymnych, jak religia czy ubikacja.

Reklama sklepu z butami i torebkami

Ubikacja na skrzyżowaniu w centrum miasta
Kiedy już mieliśmy dosyć hałasu non-stop wyjechaliśmy poza miasto do małego miasteczka Brielle.
Dlaczego nie przyjechaliśmy tutaj od razu!?
Cudowne, małe miasteczko, z kanałami i kafejkami, gustownie ubranymi wysokimi Holenderkami i ...przede wszystkim rowerami.

I z absolutnie wyśmienitym jabłecznikiem, który śni mi się po nocach do dziś :-) Moja inspiracja do dalszych poszukiwań idealnej szarlotki.



Brielle ma u mnie też dużego plusa za powyższe rozwiązanie - podziemny supermarket! Żadnych obrzydliwych konstrukcji tylko ruchome schody w dół i parking.

I na koniec coś, co nas powitało w Anglii. I już wiadomo, że jesteśmy w kraju, który za dużo czerpie z Ameryki Północnej.

Saturday, 21 November 2009

Wspomnienia jeszcze przez chwilę - Szczecin (mili nie liczymy)

Za chwilę będzie grudzień, a ja cały czas nadrabiam wakacyjne notki. Już tylko dwa odcinki tej epopei zostały: Szczecin i Rotterdam. Szczecin jest o tyle ważny, że jeśli nam się spodoba to będziemy wiedzieli, gdzie szukać tego wymarzonego domku. A domek ma być na tyle blisko miasta, żeby do pracy nie było 4 dni wołami i na tyle daleko, żeby autobusy pod oknem nie jeździły.

Szczecińska przygoda nie zaczęła się dobrze. Ulica na mapie, którą wyrukowaliśmy z google, okazała się w rzeczywistości być w innym miejscu. Nic dziwnego, że kiedy pytałam przechodniów robili duże oczy. Skończyło się telefonem do hotelu i prośbą o wskazówki. Hotel jest przy ośrodku sportowym więc z okna widzieliśmy codziennie trening piłkarzy - lepsze niż telewizor z HD.
Do miasta z górki więc wiedzieliśmy, że na powrót trzeba przeznaczyć trochę więcej czasu bo będzie pod górkę.
Miasto bardzo nam do gustu przypadło. Młodzi ludzie i miejsca, gdzie można usiąść i pogadać, pierogarnia i masa małych sklepików sprzedających drożdżówki. To może wydać się śmieszne ale dzień w Polsce bez drożdżów z serem albo jabłkiem jest dla mnie dniem zmarnowanym. Anglicy kompletnie nie znają ciast drożdżowych.
Poza prężnym handlem - galeria handlowa jest zatłoczona jak Marszałkowska pierwszego maja mamy nadzieję, że gospodarka nieźle działa też, skoro stocznia szczecińska, w przeciwieństwie do gdańskiej, nie marnuje czasu na związkowe przepychanki tylko pracuje i statki buduje.
Jedyną rysą na wizerunku miasta są pijaczki włóczące się wieczorem po uliczkach i kierowcy, którym się wydaje, że jak dochrapał się BMW to jest ponad przepisami. Ale obydwie te rzeczy znajdziemy w każdym innym mieście więc nie ma co marudzić.
A jakby co, to do Berlina jest rzut beretem. Może jeszcze przyjdzie się niemieckiego uczyć?

Fontanna w pobliżu Wałów Chrobrego - ja mam słabość do fontann.

Słońce - pewnie też trochę "pomogło" Szczecinowi. Za moimi plecami Akademia Morska, chyba. A może urząd miasta? Tak czy siak bardzo ładna i stara architektura.

Widok z wieży widokowej Katedry - pan pilnujący windy nie pozwoli ominąć takiej atrakcji nawet gdybyście chcieli. Ale warto było.

Sunday, 8 November 2009

Wakacyjne wspomnienia - Wilczkowo czyli na czym się dziś zarabia na wsi (1081mili w drodze)

Wilczkowo to ostatnia wieś na naszej trasie. Ostatnia ale wcale nie najgorsza. Malutka osada nad brzegiem stawu i lasu. Przyjaźni ludzie, z którymi można porozmawiać o kasztanowcach. Samotne grusze, pod którymi można znaleźć kilka pysznych owoców i bez, który kusi dojrzałymi jagodami. Nie byłabym jednak soba gdybym trochę nie pomarudziła. Powinniśmy czuć się zaszczyceni bo okazało się, że nasze gospodarstwo agroturystyczne to posiadłość sołtysa. Okazało się też, że mieliśmy dużo szczęścia bo kiedy rezerwowałam nocleg rozmawiałam z synem, który nie przekazał rodzicom informacji i o mały włos a nie byłooy dla nas miejsca. Sołtys uspokoił jednak, że wtedy byśmy spali w jego domu. A brak miejsc noclegowych to wcale nie rezultat kampanii promocyjnej pt. Spędź wakacje w kraju. Sołtys wynajmuje pokoje pracownikom firm. RAzem z nami byli pracownicy z pobliskich robót drogowych i zbieracze ziemniaków. Ci ostatni podobno pracują na trzy zmiany. Nie zazdroszczę zbierania kartofli w nocy. Trochę się bałam, że będzie jak w hotelu pracowniczym ale muszę powiedzieć, że nie mieliśmy problemu z dzieleniem kuchni i nocnym piciem. Pokój po raz kolejny był za duży jak na nasze potrzeby. Porażający, dosłownie, zapach Old Spice okazał się odświeżaczem powietrza i szybko go unicestwiliśmy. Przeciekający zlew... No cóż, miska podstawiona musiała nam wystarczyć. Z czegoś jednak trzeba się utrzymać. Polacy tłumnie nie wyjeżdżają na wieś na wakacje. Ciepłe kraje są tańsze i pogoda zagwarantowana. Poza wynajmem pokoi sołtys ma też gastronomie w Pobierowie w sezonie.
Wilczkowo miłe i lokalizacja nie najgorsza. Udało nam się przy okazji zobaczyć Pobierowo (kompletnie wymarłe po sezonie ale ładna plaża), Woliński Park Narodowy (mokry, kiepsko oznakowany ale ze słodkimi ropuchami), Trzebiatów (piękne organy) oraz Międzyzdroje (trochę napuszone i śmieszne zarazem).
Przyjazna turystom i biznesowi wieś Wilczkowo
Noclegowanie u sołtysa zobowiązuje
Pobierowo puste i ...trochę zagubione :-)
Spacer po plaży najlepszy na wszystko
I oczywiście grzyby
Nawet jeśli to "tylko" sowy.
Międzyzdroje - trochę gwiazdorskie i trochę śmieszne

Saturday, 31 October 2009

Wakacyjne wspomnienia - dlaczego nie warto kupować mleczarni, żeby napić się szklanki mleka ( 964 mili w drodze)

Następnym przystankiem na naszej trasie wzdłuż zachodniego wybrzeża Bałtyku jest Rekowo. Gospodarstwo Agroturystyczne w Rekowie wybraliśmy z broszurki wyprodukowanej przez powiat gryficki. Swoją drogą bardzo pożyteczna inicjatywa. Gospodarstwo chwali się zwierzętami więc mieliśmy nadzieję na trochę więcej wskazówek dla początkujących rolników-hobbystów.

Zwierzątka były, kury, kaczki, owce i kozy. Niestety, kiedy chcieliśmy kupić trochę twarogu i jaj od gospodyni okazało się, że kury nie niosą, twaróg jest trzydniowy i możem kupić dżem domowej roboty ze śliwek albo truskawek. Coś trzeba na śniadanie zjeść więc czemu nie. We wsi niestety nie znaleźliśmy żadnej piekarni czy chociażby małego sklepiku przydomowego. A po otwarciu dżemiku okazało się, że bliżej mu do wina owocowego. Zostawiliśmy słoik. Domek, którym noclegowaliśmy nie był zły. Trochę się dziwnie czuliśmy bo to przerobiona stodoła i pokoje są na 6 osób. Kuchnia słabo wyposażona w porównaniu do pensjonatu pana Tadeusza. Na szczęście ogrzewanie działało więc było gdzie grzyby suszyć.
Drugiego dnia doszliśmy do wniosku, że chyba wiemy dlaczego kury przestały znosić jajka. Ponieważ nasze okno wychodziło bezpośrednio na wybieg dla zwierząt oczekiwaliśmy, że co rano będziemy budzeni przez pianie koguta. Ale to my byliśmy na nogach wcześniej. Zwierzaki widzieliśmy dopiero w okolicach godziny 9. A to zdecydowanie za późno dla kury. Kura potrzebuje 10 godzin światła dziennego, żeby wyprodukować jajko (cykl trwa 25 godzin). Owce wyglądały, jakby nie były strzyżone w tym roku, a jedna z nich nawet kulała, co jest bardzo złym znakiem. Najgrożniejsze choroby owiec zaczynają się od racic.

Koza okazała się bardzo przyjacielska i żebrała pod oknem.

Nie udało nam się też zbyt długo porozmawiać z gospodarzami, któzy wyglądali jak ja pewnie bym wyglądała gdyby mi KAZAĆ pracować na roli. Gdy poszliśmy do gospodyni to się okazało, że ją obudziliśmy. Powiedziała, że zawozi dzieci do szkoły o szóstej rano i zasnęła nad książką. Pana gospodarza wiedzieliśmy dwa razy. Nosił kapelusz jakby się wyrwał z planu filmowego Wesela Wyspiańskiego. Jednym słowem wydawało nam się, że są to ludzie, którzy chcieli mieszkać na wsi słodkiej i sielankowej, ale nie bardzo nadążają za wszystkimi obowiązkami, które za tym idą. To dla mnie też znak, że jeśli ja nie czuję powołania, a jedynie lubię świeże jajeczko od czasu do czasu, to może przeprowadzka na wieś nie jest najlepszym wyjściem. Jak mawiają niektórzy, nie trzeba kupować mleczarni, żeby napić się mleka. Jeśli chodzi o prospekt pracy w pobliskim Koszalinie bo nawet nie wygląda to czarno. Wprawdzie dotarliśmy do Koszalina w niedzielę i ulice swieciły pustkami to jednak miasto wyglądało przyjemnie. Ładne, kolorowe i czyste. Z zabytkami, kinem, szkołami językowymi i Instytutem Ziemniaka. Koszalin niniejszym znalazł się na liście potencjalnych miejsc na stałe siedlisko.