Postanowiliśmy spedzić dwa tygodnie nad polskim morzem. Najlepiej w gospodarstwie agroturystycznym, żebyśmy mogli porównać wizje takiego przedsięwzięcia z rzeczywistością.
Śmiesznie było na początku, kiedy okazało się, że połowa tak zwanych gospodarstw agroturystycznych to po prostu kwatery do wynajęcia zlokalizowane w nie-mieście, i to już pozwoliło właścicielom przywłaszczyć sobie tytuł Polska Agroturystyka.
Chociaż są też miłe niespodzianki jak na przykład powiat gryficki, który wydał bardzo ładną broszurkę z takimi miejscami w swoim regionie.
Znaleźliśmy miejsce idealne w Lędzinie. Idealne bo firma Rotal postawiła na alternatywne źródła energii a to jest to co Simon lubi najbardziej. Wizja długich rozmów o panelach słonecznych i wiatrakach zaświeciła w jego oczach.
Na stronie Rotala jest adres e-mailowy więc piszemy, że bardzo byśmy chcieli zarezerwować nocleg i jak będziemy wdzieczni za podanie ceny noclegu itd itp.
Odpowiedź przychodzi po dwóch dniach, co jak na nasze polskie doświadczenia jest świetnym wynikiem.
Miły pan pisze, że w sprawie noclegów to się muszę skontaktować z panem Józefem pod numerami... Dzwonię na numery stacjonarne ale bez sukcesów. Próbuję rano i próbuję wieczorem i nic. Na drugi dzień dzwonię na komórkę. Nie chciałam tego robić bo jeśli gość nie jest w biurze (i nie odbiera telefonu stacjonarnego) to odbierze gdzieś w samochodzie i niewiele mi pomoże bez dostępu do kalendarza. Pan Józef odbiera. Niski miły głos pyta prosto z mostu:
„Wyświetlił mi się numer 0044, pani dzwoni z Austrii?”. Coś, czego chcieliśmy uniknąć czyli informowania, że mieszkamy w Anglii bo ta informacja powoduje pojawinie się dwóch dolarków w oczach przedsiębiorców, a ceny ida o 50% w górę. Wyjaśniam, że mieszkamy w Anglii i chcielibyśmy zarezerwować nocleg w Holenderskim Wiatraku (tak się nazywa ośrodek reklamowany pod parasolem firmy Rotal). Pan Józef jest u rodziny i nie ma dostępu do kalendarza. Instruuje mnie co mam zrobić: „Pani zadzwoni do biura. Powie, że rozmawiała ze mną. On tam ma kalendarz na ścianie to pani sprawdzi czy ten termin jest wolny.”
Ja cierpliwy człowiek jestem i myślałam, że ten kolejny telefon zakończy sprawę.
Moja kolejna rozmowa wyglądała mniej więcej tak (pomijam grzecznościowe zwroty, obaj panowie byli mili):
JA: Chciałabym zarezerwować nocleg w terminie od do. Czy ten termin jest wolny?
PAN: Oj, nie wiem. Mamy wycieczkę z Niemiec we wrześniu od do (inny termin niż nas interesuje więc to kompletnie zbędna dla mnie informacja).
JA: Rozmawiałam z panem Józefem parę minut temu i powiedział, że ma pan tam kalendarz na ścianie to pan będzie wiedział czy ten termin jest wolny.
Użycie autorytetu pana Józefa pomaga, pan znalazł kalendarz.
PAN: O tak, jest kalendarz. To jaki pani chciała termin?
Odpowiadam
PAN: Mamy wycieczkę z Niemiec od do ale ten termin jest wolny.
JA: Ile kosztuje nocleg i czy mogę zarezerwować przez telefon czy chcą Państwo zaliczkę?
PAN: Oj, ja nie wiem ile kosztuje nocleg, to musiałby pani z panem Józefem wynegocjować. To chyba było 50zł albo 100zł (żadna różnica!).
Odłożyłam telefon i postanowiłam nie rezerwować tam noclegu. Ładne miejsce ale wkurza mnie kompletny brak profesjonalizmu w obsłudze klienta. Znaleźliśmy inne gospodarstwo. Na zdjęciach na sieci widać w tle Holenderski Wiatrak. Tak więc może wpadniemy pogadać o alternatywnych źródłach energii. Chyba, że zastaniemy pana Józefa. Wtedy pogadamy też o obsłudze klienta.