Co roku, to znaczy od lat trzech, kiedy przychodzą święta wiem, że ominie mnie część angielskiej tradycji, jaką jest bożonarodzeniowe ciasto - rich fruit Christmas cake. Omija mnie bo głównym składnikiem tego ciasta są rodzynki, koryntki i sułtanki czyli według mnie "suszone muchy". Brrr! Obrzydlistwo! W tym roku postanowiłam przechytrzyć tradycję i zrobić to ciasto zastępując "muchy" innymi suszonymi owocami jak figi, śliwki, morele, daktyle, żurawina, jagody i co tam mi jeszcze w ręce wpadło. To wszystko i tak się moczy w rumie albo brandy przez tydzień więc nie wiem jak ktokolwiek może zauważyć różnicę.
Ciasto przygotowuje się 6-8 tygodni przed świętami i przez ten czas ciasto dojrzewa podlewane znowu alkoholem. Stąd też pewnie ciężar tej słodkości. Samych suszonych owoców jest dobrze ponad kilogram.
Dla mnie najciekawsza część to dekorowanie ciasta więc postanowiłam zdać instrukcjo-relację (nowa forma reporterska cha cha cha).
Ciasto jest najpierw otulane w marcepanie. Sytuację mam o tyle wygodną tutaj, że nie muszę tej masy sama robić. Jest lepsza gdy się ją przygotowuje od początku własnoręcznie ale to już byłoby za duże szaleństwo dla mnie. Dlatego kupuję gotową masę marcepanową. Rozwałkowuję ją i najpierw wycinam okrąg wielkości ciasta:
a następnie pasek o jego wysokości i długości równemu obwodowi - miarka krawiecka się przydaje. Otulone ciasto wygląda tak:
Teraz czas na wartwę cukrową. Ta jest oryginalnie biała ale można ją kolorować wszystkimi kolorami tęczy. Ja w tym roku zrobiłam dwa ciasta. Pierwsze udekorowałam cukrowymi płatkami śniegu, a drugie było zielone bo postawiłam na nim słodkie choinki.
Masę cukrową rozwałkowujemy - ja raczej cienko bo to słodycz nieziemska. Sztuką jest potem przełożenie tej płachty cukru na ciasto. Mi za pierwszym podejściem przykleiła się do stołu więc trzeba było wałkować od nowa.
A potem można już dekorować czyli wycinać śnieżki, kulać bałwanki i co tylko się żywnie podoba.
To jest gotowe ciasto numer jeden. Ciasto numer dwa to lasek z bałwankiem a la Godzila poniżej.
Ciasta nie ma co trzymać i trzeba go jeść.
Mniam mniam.
Sunday, 3 January 2010
Sunday, 6 December 2009
Olej szefa!
Co ja tu będę pisać, kiedy zdjęcia oddają atmosferę o wiele lepiej. Reguły gry proste, płacisz funta i możesz w szefa rzucić nasączoną wodą gąbką, płacisz pięć funciaków i możesz wylać kubeł wody na jego głowę.
Zebrana kasa jest przeznaczona na cele dobroczynne - pomoc bezdomnym.
Jak długa jest Twoja lista szefów i menedżerów do oblania?
Zebrana kasa jest przeznaczona na cele dobroczynne - pomoc bezdomnym.
Jak długa jest Twoja lista szefów i menedżerów do oblania?
Sunday, 29 November 2009
Wakacje - wreszcie Rotterdam i Brielle
Jak pragnę zdrowia, za rok jedziemy na wakacje w jedno miejsce i będziemy siedzieć na czterech literach przez tydzień albo dwa i jedna notka załatwi całą sprawę. Póki co, część ostatnia wakacyjnych opowieści dziwnej treści.
Rotterdam. Przyznaję, że spodziewałam się czegoś bardziej zbliżonego do Amsterdamu i jeśli ktokolwiek jedzie tam z takim nastawieniem to się rozczaruje. Stara część Rotterdamu jest malutka i całość odrestaurowana po wojnie, która zniszczyła stare miasto doszczętnie. A po wojnie nie było czasu na finezyjne robótki więc Rotterdam jest nowoczesny i bardzo betonowy.
Nocowaliśmy w hostelu i od razu powinny nam się zapalić lampki, kiedy na recepcji znaleźliśmy słoiczek z zatyczkami do uszu do wzięcia za darmo. Gdy tylko zapadła noc zorientowaliśmy się co się dzieje. Drzwi do wszystkich pokoi były bardzo ciężke i metalowe. Podobnie drzwi do łazienek i na korytarzach. I teraz wyobraźcie sobie kilkadziesiąt osób wchodzących i wychodzących. Pomimo zmęczenia po 10 godzinach jazdy nie mogliśmy spać i w końcu Simon znalazł zatyczki z czasów, gdy jeszcze grał w grupie punkowej. Uffff co za ulga.
Po ciężkiej nocy wybraliśmy się na wycieczkę statkiem wokół Rotterdamu. Niestety, kolejne rozczarowanie. Chyba, że ktoś lubi patrzeć na tankowce i kontenery. Simonowi na pewno podobało się bardziej niż mi, chłopcy lubią takie "zabawki".
Brielle ma u mnie też dużego plusa za powyższe rozwiązanie - podziemny supermarket! Żadnych obrzydliwych konstrukcji tylko ruchome schody w dół i parking.
I na koniec coś, co nas powitało w Anglii. I już wiadomo, że jesteśmy w kraju, który za dużo czerpie z Ameryki Północnej.
Rotterdam. Przyznaję, że spodziewałam się czegoś bardziej zbliżonego do Amsterdamu i jeśli ktokolwiek jedzie tam z takim nastawieniem to się rozczaruje. Stara część Rotterdamu jest malutka i całość odrestaurowana po wojnie, która zniszczyła stare miasto doszczętnie. A po wojnie nie było czasu na finezyjne robótki więc Rotterdam jest nowoczesny i bardzo betonowy.
Nocowaliśmy w hostelu i od razu powinny nam się zapalić lampki, kiedy na recepcji znaleźliśmy słoiczek z zatyczkami do uszu do wzięcia za darmo. Gdy tylko zapadła noc zorientowaliśmy się co się dzieje. Drzwi do wszystkich pokoi były bardzo ciężke i metalowe. Podobnie drzwi do łazienek i na korytarzach. I teraz wyobraźcie sobie kilkadziesiąt osób wchodzących i wychodzących. Pomimo zmęczenia po 10 godzinach jazdy nie mogliśmy spać i w końcu Simon znalazł zatyczki z czasów, gdy jeszcze grał w grupie punkowej. Uffff co za ulga.
Po ciężkiej nocy wybraliśmy się na wycieczkę statkiem wokół Rotterdamu. Niestety, kolejne rozczarowanie. Chyba, że ktoś lubi patrzeć na tankowce i kontenery. Simonowi na pewno podobało się bardziej niż mi, chłopcy lubią takie "zabawki".
W samym mieście podoba mi się niemal obrazoburcze podejście do rzeczy intymnych, jak religia czy ubikacja.
Reklama sklepu z butami i torebkami
Ubikacja na skrzyżowaniu w centrum miasta
Kiedy już mieliśmy dosyć hałasu non-stop wyjechaliśmy poza miasto do małego miasteczka Brielle.
Dlaczego nie przyjechaliśmy tutaj od razu!?
Cudowne, małe miasteczko, z kanałami i kafejkami, gustownie ubranymi wysokimi Holenderkami i ...przede wszystkim rowerami.
I z absolutnie wyśmienitym jabłecznikiem, który śni mi się po nocach do dziś :-) Moja inspiracja do dalszych poszukiwań idealnej szarlotki.
I na koniec coś, co nas powitało w Anglii. I już wiadomo, że jesteśmy w kraju, który za dużo czerpie z Ameryki Północnej.
Saturday, 21 November 2009
Wspomnienia jeszcze przez chwilę - Szczecin (mili nie liczymy)
Za chwilę będzie grudzień, a ja cały czas nadrabiam wakacyjne notki. Już tylko dwa odcinki tej epopei zostały: Szczecin i Rotterdam. Szczecin jest o tyle ważny, że jeśli nam się spodoba to będziemy wiedzieli, gdzie szukać tego wymarzonego domku. A domek ma być na tyle blisko miasta, żeby do pracy nie było 4 dni wołami i na tyle daleko, żeby autobusy pod oknem nie jeździły.
Szczecińska przygoda nie zaczęła się dobrze. Ulica na mapie, którą wyrukowaliśmy z google, okazała się w rzeczywistości być w innym miejscu. Nic dziwnego, że kiedy pytałam przechodniów robili duże oczy. Skończyło się telefonem do hotelu i prośbą o wskazówki. Hotel jest przy ośrodku sportowym więc z okna widzieliśmy codziennie trening piłkarzy - lepsze niż telewizor z HD.
Do miasta z górki więc wiedzieliśmy, że na powrót trzeba przeznaczyć trochę więcej czasu bo będzie pod górkę.
Miasto bardzo nam do gustu przypadło. Młodzi ludzie i miejsca, gdzie można usiąść i pogadać, pierogarnia i masa małych sklepików sprzedających drożdżówki. To może wydać się śmieszne ale dzień w Polsce bez drożdżów z serem albo jabłkiem jest dla mnie dniem zmarnowanym. Anglicy kompletnie nie znają ciast drożdżowych.
Poza prężnym handlem - galeria handlowa jest zatłoczona jak Marszałkowska pierwszego maja mamy nadzieję, że gospodarka nieźle działa też, skoro stocznia szczecińska, w przeciwieństwie do gdańskiej, nie marnuje czasu na związkowe przepychanki tylko pracuje i statki buduje.
Jedyną rysą na wizerunku miasta są pijaczki włóczące się wieczorem po uliczkach i kierowcy, którym się wydaje, że jak dochrapał się BMW to jest ponad przepisami. Ale obydwie te rzeczy znajdziemy w każdym innym mieście więc nie ma co marudzić.
A jakby co, to do Berlina jest rzut beretem. Może jeszcze przyjdzie się niemieckiego uczyć?
Fontanna w pobliżu Wałów Chrobrego - ja mam słabość do fontann.
Słońce - pewnie też trochę "pomogło" Szczecinowi. Za moimi plecami Akademia Morska, chyba. A może urząd miasta? Tak czy siak bardzo ładna i stara architektura.
Widok z wieży widokowej Katedry - pan pilnujący windy nie pozwoli ominąć takiej atrakcji nawet gdybyście chcieli. Ale warto było.
Sunday, 8 November 2009
Wakacyjne wspomnienia - Wilczkowo czyli na czym się dziś zarabia na wsi (1081mili w drodze)
Wilczkowo to ostatnia wieś na naszej trasie. Ostatnia ale wcale nie najgorsza. Malutka osada nad brzegiem stawu i lasu. Przyjaźni ludzie, z którymi można porozmawiać o kasztanowcach. Samotne grusze, pod którymi można znaleźć kilka pysznych owoców i bez, który kusi dojrzałymi jagodami. Nie byłabym jednak soba gdybym trochę nie pomarudziła. Powinniśmy czuć się zaszczyceni bo okazało się, że nasze gospodarstwo agroturystyczne to posiadłość sołtysa. Okazało się też, że mieliśmy dużo szczęścia bo kiedy rezerwowałam nocleg rozmawiałam z synem, który nie przekazał rodzicom informacji i o mały włos a nie byłooy dla nas miejsca. Sołtys uspokoił jednak, że wtedy byśmy spali w jego domu. A brak miejsc noclegowych to wcale nie rezultat kampanii promocyjnej pt. Spędź wakacje w kraju. Sołtys wynajmuje pokoje pracownikom firm. RAzem z nami byli pracownicy z pobliskich robót drogowych i zbieracze ziemniaków. Ci ostatni podobno pracują na trzy zmiany. Nie zazdroszczę zbierania kartofli w nocy. Trochę się bałam, że będzie jak w hotelu pracowniczym ale muszę powiedzieć, że nie mieliśmy problemu z dzieleniem kuchni i nocnym piciem. Pokój po raz kolejny był za duży jak na nasze potrzeby. Porażający, dosłownie, zapach Old Spice okazał się odświeżaczem powietrza i szybko go unicestwiliśmy. Przeciekający zlew... No cóż, miska podstawiona musiała nam wystarczyć. Z czegoś jednak trzeba się utrzymać. Polacy tłumnie nie wyjeżdżają na wieś na wakacje. Ciepłe kraje są tańsze i pogoda zagwarantowana. Poza wynajmem pokoi sołtys ma też gastronomie w Pobierowie w sezonie.
Wilczkowo miłe i lokalizacja nie najgorsza. Udało nam się przy okazji zobaczyć Pobierowo (kompletnie wymarłe po sezonie ale ładna plaża), Woliński Park Narodowy (mokry, kiepsko oznakowany ale ze słodkimi ropuchami), Trzebiatów (piękne organy) oraz Międzyzdroje (trochę napuszone i śmieszne zarazem).
Wilczkowo miłe i lokalizacja nie najgorsza. Udało nam się przy okazji zobaczyć Pobierowo (kompletnie wymarłe po sezonie ale ładna plaża), Woliński Park Narodowy (mokry, kiepsko oznakowany ale ze słodkimi ropuchami), Trzebiatów (piękne organy) oraz Międzyzdroje (trochę napuszone i śmieszne zarazem).
Przyjazna turystom i biznesowi wieś Wilczkowo
Noclegowanie u sołtysa zobowiązuje
Pobierowo puste i ...trochę zagubione :-)
Spacer po plaży najlepszy na wszystko
I oczywiście grzyby
Nawet jeśli to "tylko" sowy.
Międzyzdroje - trochę gwiazdorskie i trochę śmieszne
Subscribe to:
Posts (Atom)